RODZINA
************
Rodzina siedząca przy
wspólnym stole, to przecież normalny widok przy Wigilii. Teraz kiedy patrzyła
na wszystkich, zastanawiała się kiedy ostatni raz tak siedzieli? Tradycja
rodzinna? No, ta to już dawno poszła pasać owce na ugorze. Rodzina to brzmi
dumnie, jeden profesor, dwie nauczycielki, jeden malwersant po odsiadce.
Kobiety, ach kobiety! Wydał wszystkie pieniądze, a baba go w końcu zostawiła. I
najmłodszy, taki mały lekkoduch, jak lubiła go nazywać. Hm! Przecież to
rodzina! Przynajmniej tak być powinno. W rzeczy samej jakoś się porozłazili,
każdy do swego kąta. Kosztowało ją dużo wysiłku, nie, nie fizycznego, by
przekonać swoje dzieci, aby przybyły do domu na Święta. Wigilia to przecież
Święto rodzinne.
Gdzieś wyczytała, że
rodzice muszą wszystko dla swoich dzieci, a dzieci nie muszą nic dla rodziców!
Smutne to, pomyślała. Przecież rodzice to też ludzie. Przypomniała sobie
patrząc na swoje pociechy, ile to nieprzespanych nocy, ile wyrzeczeń i ustępstw
musiała znieść w swoim życiu. Wszystko dla dzieci. Nie, nie czuła żalu do nich
za to. Spoglądała na nich z dumą, że jednak wychowała ich na ludzi. Profesor,
nauczycielki, nawet najmłodszy to dobre dziecko, tylko musi się ustatkować.
Jeden trochę pobłądził, ale matczyne serce nigdy go nie odrzuciło. Winna była
ta kobieta, dla której stracił głowę. Samo życie jak mawiała do znajomych.
Wiedziała, że ludzie szepczą za jej plecami, ale było jej to obojętne. Syn
odsiedział wyrok i koniec. Miała nadzieję, że to go czegoś nauczyło.
Wnuków nie miała.
Dzieci mówiły, że jeszcze za wcześnie. Najpierw dom, kariera zawodowa, bo to
pieniądze. Mówiła im, że pieniądze nie dają szczęścia. Mama, to nie te czasy,
obudź się! Hallo, tu Ziemia!
Pomyślała, że lepiej
grochem o ścianę. Nie pytała więcej i tak zostało.
Udało się jej zebrać
wszystkich w rodzinnym domu, a teraz pozostała jej do wykonania najtrudniejsza
rzecz.
Taka kolej losu. Bo
przecież zawsze i wszędzie istnieje jakiś początek. Idąc tym tokiem
rozumowania, zawsze i wszędzie istnieje też koniec. Przecież mówimy. To
początek jakiejś epoki, to koniec jakiejś epoki. Wszystko na tym świecie ma
swój początek i koniec.
Gwar przy stole nagle
zamarł kiedy oświadczyła.
- Mam raka.
Powiedziała to
beznamiętnym tonem, tak jakby powiedziała podaj mi sól, jutro jadę na
wycieczkę. Nic się przecież nie stało. Od tak jak zwykłe przeziębienie! Wyrok
bez winy. Sąd nie miał litości i zawyrokował bez zgody i wiedzy oskarżonego.
Przy stole zapanowała cisza. Biesiadnicy zmieszani nie wiedzieli co zrobić z
rękami wyciągniętymi po jedzenie. Spadło to na nich znienacka, jak kamień
rzucony w szybę, kiedy oglądasz telewizję. Stajesz wtedy zdezorientowany i nie
wiesz czy krzyczeć, czy biec, czy kląć? Padło tylko, nie wiadomo przez kogo
powiedziane - O! Kurwa! Jedni trzymali widelce w jadle, a inni cofali swe ręce
zdezorientowani. Wszyscy w końcu opadli na krzesła jak bezwładne worki. Cisza
była taka, że słychać było tykanie zegara w przedpokoju. Milczenie przerwało
pytanie bez sensu.
-To prawda?
- Tak, prawda.
Głupie pytanie. Nikt
przecież nie robi kawałów z takiej sprawy.
-Zebrałam tu was by
poprosić, aby ktoś z was zamieszkał ze mną, bo sama nie dam sobie rady nie
mając samochodu. Ktoś musi mnie zawozić na kurację i pomóc mi w domu. Gdyby żył
ojciec nie prosiłabym.
Siedziała cicha, ze
spuszczoną głową czekając na odzew. Cisza się potęgowała. Przerwała ją jedna z
nauczycielek.
- Ja nie dostanę teraz
urlopu, w środku roku szkolnego. Nie znajdą zastępstwa.
Kiedy to wykrztusiła
spuściła głowę.
- No, ja też mam taką
samą sytuację.
Powiedziała druga i
rzuciła spojrzenie mówiące wszystkim pocałujcie mnie gdzieś, ja odpadam.
- Ja nie mam samochodu!
Prawie wykrzyczał najmłodszy syn.
- Dam ci swój.
Rzucił profesor i w ten
sposób zamknął sprawę jego udziału w matczynym problemie. Nikt nie mógł mu nic
zarzucić.
Najmłodszy spojrzał na
niego wzrokiem bazyliszkowym i ciągnął dalej.
- Poza tym dopiero
zacząłem się urządzać na nowym mieszkaniu i muszę tam być by doglądać majstrów.
Wiedziała, że nie mówią
prawdy, ale przełknęła ich kłamstwa. Tylko nagle poczuła się zmęczona i smutna.
- Czyli wszystko spada
na mnie? - Zapytał kryminalista.
Tak rodzeństwo mówiło o
nim między sobą. Zerwali zresztą wszelkie kontakty z bratem, by broń Boże nic z
jego kryminalnej przeszłości nie rzutowało na ich kariery.
Kiedy nikt nie
odpowiedział, rzucił w ich stronę.
- To kto da złodziejowi
samochód?
Zaległo milczenie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz