*************
Byłem kiedyś szalonym jeźdźcem
Pędzącym znikąd do nikąd
Źrebak z wiecznie
głodnym
Pyskiem nadziei na
jutro
Sam sobie zakładałem
uzdę
Czasem myśląc że tak
trzeba
By ktoś tratował i
łamał mi żebra
Ostrogą mojego
nieokiełznania
A przecież ból nie
jest utratą
Zdartej od ziemi
podkowy
To nic mawiało moje
bycie
Wszak z bólu rodzi
się
NOWE
I po to przecież
tykanie
Budzące po nocy
By jeszcze raz
podłożyć
Do wygasłego pieca...
Jest mi źle
Lecz ja nie wilk
By wyć do księżyca
Bo skąd ma przyjść
NOWE
Ze zdartymi butami
słów
Wtulony we własną
sierść
Biegnę przepojony
chęcią
By jeszcze raz
wzburzyć trawy
Ujeżdżany przez cudze
wędzidło
I kiedy piana z pyska
Owoc niemocy
Jak lawa mnie
przykrywa
To przecież to nie
jest wulkan
I to nie zegar tyka
Jak spłoszony tabun
Tak może tykać tylko
NOWE
Później czas uśmiechu
W oczekiwaniu na
piękno
Ciszy i ukojenia
I co można zrobić
Gdy uciekasz w
papierosa
By móc zapomnieć
Skąd przyszło to
NOWE
Nie będzie to jednak
Troja
Nikt jej nie odkryje
Raczej zakopać będzie
chciał
Bojąc się zarazy
Być może plaster
zaleczyłby rany języka
Gdyby ręce miały mózg
Rozwiążmy kolejną
krzyżówkę
Czytając głośno słowa
MIŁOŚĆ
NIENAWIŚĆ
POKORA
ZAZDROŚĆ
ZŁOŚĆ
DOBROĆ
Jak rozwiązać
krzyżówkę strachu
Przed wygaszonym
Przez własne kopyta
ognisku
Lepiej pędźmy dalej w
nieznane
Nie mówiąc już
Że doganiamy nowe
To wszystko już było
Historia złamanego
szeląga
Śpijmy już lepiej w
oczekiwaniu
Na rozwydrzony skowyt
Porannego koguta
nowoczesności
By wstać i jak zawsze
Założyć maskę
MIŁOŚCI
NIENAWIŚCI
POKORY
ZAZDROŚCI
ZŁOŚCI
DOBROCI
I pójść tym
wspaniałym krokiem
Czterdziestolatka w
to nowe
Jeszcze jeden
papieros
Jak biała chustka w
pociągu
Pędzącym na złamanie
karku
Znikąd do nikąd
Ten tramwaj to nie
był sen
To raczej delirka
Być może napiszę
książkę
Z szalonym prologiem
Pościelonych dłoni na
wietrze
Być może zostanę
żyrafą
Z płonącym śladem
piętna
Na rozoranej ziemi
Lub jak ten dureń na
drucie
Zrobię jeszcze coś by
czekać
Aż zjawi się wreszcie
NOWE
Ten strach jak zaraza
Wchodzi odsłoniętą
Ozdobą twego ciała
Bo coś trzyma w pętli
Moje rozbrykane nogi
I tylko podkowy
wystukują
Jeszcze ten sam rytm
Jak w starym pudle
Bezstrunnej gitary
Żyjąca wspomnieniem
rąk
Zapłakana wyśpiewuje
na wietrze
I nikt nie wie skąd
czterdziestoletni
Budzą się z płaczem
nad ranem
Znudzeni wyciem
codzienności budzika
Nie wiedzą jak
skrzyżować ze sobą krzyżówki
By hasła nie
pospadały na ich głowy
Nie umieją liczyć
A może już mylą się
im noce
Zapomniany szalik
twarzy
Dławi gardło
Jak wąż zepsutym jabłkiem
I na co nam drzewa
które nie podlewamy
A może już nie staje
nam odwagi
By przyszło
NOWE
Jak żebrak przystaję
Przy każdym rozprutym
brzuchu
Worka namiętności
Nie bawmy się bo
wojna trwa
I nikt jej nie wygra
Zostaną tylko
zgliszcza
Więc widzisz jak
łatwo jest się zagubić
Na peronie
oczekiwania
By zdarzył się
jeszcze jeden
Jedyny cud
Że zmartwychwstanie
Płomień
Wszak Prometeusz
Spieprzył nam go do
reszty
Plamiąc go kradzieżą
Śnisz po nocy drżąc z
zimna
Przykryj się lepiej
tym co
NOWE
Papieros się jeszcze
tli
Zapomniany kochanek
popielniczki
Z naszych
wczorajszych złudzeń
I już nie umiem
Niczego nazwać po
imieniu
Bo zapomniałem
Jak się wypisuje na
murze
A może stałem się
dorosły
Ospały od przesilenia
trawy
Pod kopytami wczoraj
A jutro
Już spaloną czuć łąką
Papieros przytula się
Niedopałkiem do
popielniczki
A ja...
Umieram Panie
Każdym kawałkiem
Oddalającym się z
tego domu
I kiedy przybity
pamięcią kłamstw
Nie potrafię już
marzyć
To jeszcze nie jest
przeszłość
A już nie przyszłość
Zdradzona kolejnym
kłamstwem
Jakby brak odwagi
Mógł odwlec poczucie
winy
Ty śnisz radosna
Unoszona przez inne
morze
Zapomniawszy że łódź
jest dziurawa
Trwasz w zaślepieniu
Innego księżyca
Myśląc że coś
odmienisz
Że łódź jeszcze
płynie
To ty ją dziurawisz
swoim poczuciem winy
I nie licz że życie
Da ci
ROZGRZESZENIE